środa, 18 lutego 2015

23. Poranek (Peeta)

Tutaj się troszeczkę cofamy.
Budzę się zaskakująco wcześnie. Jest około piątej rano. Obracam głowę i widzę spokojną twarz Kat pogrążoną w głębokim śnie. Jest taka piękna. W blasku poranka jej twarz błyszczy się delikatnie, dodając jej urody. Zresztą. Dla mnie nawet w podartych ubraniach, ubłoconej twarzy i zakrwawionym czołem podczas naszych pierwszych igrzysk, była najpiękniejszą kobietą pod słońcem. Czym ja sobie zasłużyłem na takiego anioła? Odkąd wróciłem z Kaptolu miałem w sumie cztery ataki. Zawsze jednak wystarczyło, że wyobraziłem sobie spokojną twarz Katniss opartą o moje ramie, bym powrócił do normalności. Wiem, co przeżywała, kiedy prawie wcale nie rozmawialiśmy. Mimo to nie miałem odwagi po tym wszystkim usłyszeć "zostańmy przyjaciółmi". Byłem, prawię pewny, że tak się stanie. Okazało się, jednak że moje uczucie jest odwzajemnione. Nic się od wtedy się bardziej niż ona nie liczy. Od wtedy jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. To ona jest całym moim światem. To ona jest moim życiem. Moim światełkiem w tunelu. Po prostu wszystkim. Jeżeli stracę ją, stracę wszystko. Moje światełko w tunelu zgaśnie. Mój świat zniknie. A ja się zabije, bo wtedy, nic już mi nie pozostanie. Po paru minutach znowu zasypiam.
Nagle znajduje się w lesie poza dwunastym dystryktem. Czuje zapach igieł sosnowych a każdy mój krok powoduje cichy trzask gałązek. Już wiem, dlaczego Kat lubi tutaj przychodzić. Jest tu tak błogo i spokojnie. Zupełnie inaczej niż wśród sypiących się budynków dwunastki. Poprawka. Teraz nie ma już ruin. Wszystko zostało odbudowane. Nowy burmistrz dwunastki naprawdę wziął sobie do serca swoją wizję "lepszego dwunastego dystryktu". Podobno mają wybudować park z masą drzew i placem zabaw. Tam gdzie kiedyś stał pałac sprawiedliwości będą drewniane ławki i piękne fontanny. Uśmiecham się na samą myśl. Po chwili zauważam Katniss. Siedzi prawie na czubku wielkiego dębu z łukiem przewieszonym przez ramię. Patrzy na mnie ze wstrętem. Zdezorientowany marszczę brwi. Zaciskam palce na rękojeści noża. Spoglądam na dłonie. Przecież przed chwilą nic nie trzymałem. Ze zdumieniem odkrywam, że mam na sobie strój trybuta. Rozglądam się do o koła i widzę Glimmer, Catona, Clove i Marvela. Stoją wokół drzewa, na którym siedzi Katniss i krzyczą coś do niej. Po chwili zaczynają się przeobrażać. Pochylają się do przodu i stają na czworakach. Z ich ciała wyrasta sierść, a ich paznokcie stają się ostre i spiczaste. Przerażony cofam się o krok. Kiedy jeden ze zmiechów, zaczyna wspinać się na drzewo, dopada mnie wściekłość zmieszana z przerażeniem. Rzucam się w jego stronę i wbijam nóż w plecy potwora, który jeszcze nie dawno był Catonem. Nagle tuż obok mnie rozbija się gniazdo gończych os. Spoglądam w górę i widzę jak Katniss wbija wzrok we mnie. To ona strąciła gniazdo. Czuje okropny ból w jednym, dwóch, ośmiu miejscach. Od jadu os gończych zaczyna mi się kręcić w głowie i co najgorsze... Powracają wspomnienia.
-Katniss... To... Zmiech...- warczę.- oślizgły zmiech!- Nie mogę już nad sobą zapanować. Osuwam się na kolana. Słyszę śmiech Snowa, a potem już tylko ciemność. Przerażony otwieram oczy. Rozglądam się po pomieszczeniu. Powoli powraca mi wzrok. Jestem w domu. Katniss nadal śpi oparta o moją klatkę piersiową. Tulę ją do siebie, jednak przerażenie nie mija. Muszę wstać. Wyjść z domu i ochłonąć. Ostrożnie wyślizguję się z jej objęć. Narzucam na siebie pierwsze lepsze ubrania i wręcz wybiegam z domu. Kwietniowe powietrze owiewa moją twarz i koi zbolałe nerwy. Wyciągam telefon i spoglądam na godzinę. 05.34. To było fatalne pół godziny. Przeczesuję włosy palcami. Mam wrażenie, że źle robię, wychodząc z domu. Jestem jednak tak zdenerwowany koszmarem, że nie mam siły wracać do domu. Kroczę ulicami. Czasami ktoś do mnie podchodzi i się wita. Nie znam połowy tych ludzi, ale odpowiadam na powitania. Chcę się troszeczkę rozejrzeć. Dawno mnie nie było w centrum. Parę rzeczy się zmieniło, ale nie wiele. Postanawiam zajrzeć do supermarketu po coś na śniadanie. Serce trochę się uspokoiło i już nie mam zawrotów głowy. To dobrze. Mam już zamiar wejść przez drzwi wejściowe, kiedy słyszę swoje imię. Odwracam się i wzrokiem napotykam Delly. Odruchowo się uśmiecham.
- Delly!- dziewczyna zarzuca mi ręce na szyję i delikatnie przytula. Odsuwa się ode mnie i szeroko uśmiecha. Ona zawsze, taka jest. Na dodatek zawsze ma Dobre zdanie o innych. Jako dzieci bawiliśmy się prawie cały czas. Byliśmy najlepszymi przyjaciółmi.
- Hej! Co u ciebie słychać? Dawno cię nie widziałam.- uśmiech nie schodzi z jej twarzy. - U mnie w porządku. Jak idzie ci rodzinny interes?- Delly lekko się śmieje.
- Nie jest źle. Wiele ludzi ostatnio do mnie przychodzi i bardzo mnie to cieszy.- następnie spędzamy tak około półtora godziny, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Śmiejemy się oboje. Naglę czuje, że mój telefon brzęczy. Spoglądam na wyświetlacz. - Kto to?- pyta z zaciekawieniem Delly.
- Haymich. Zaczekasz? Chyba to coś ważnego.
- Jasne.- dziewczyna wzrusza ramionami, a ja naciskam zieloną słuchawkę. - Co jest Haymich?
- Gdzie ty się szlajasz idioto?- warczy.
- No już spokojnie. Co się stało? - Jak mam być spokojny skoro Katniss z jakichś dziwnych przyczyn płaczę z bólu?- krew odpływa mi z twarzy.- Wracaj w tej chwili.
- Dzwoń po karetkę. Będę za pięć minut.- mówię szybko i się rozłączam. Odwracam się do Delly.
- Delly muszę iść. Z Katniss coś się dzieje.- dziewczyna otwiera szeroko oczy.
- Iść z tobą?
- Nie, nie trzeba. Na razie.- mówię i biegnę ile sił w nogach w stronę wioski zwycięzców. Podbiegam do domu w chwili kiedy Haymich podaje prawię nieprzytomną Katniss lekarzowi. Mężczyzna kładzie ją na noszach i przy pomocy jeszcze jednego umieszczają noszę w pojeździe zaparkowanym przed naszym domen. Cały spocona podbiegam do Haymicha. On tylko pokazuje skinieniem głowy karetkę i razem wsiadamy za lekarzami do środka. Przyglądam się mojej ukochanej. Ma zapłakaną twarz i trzyma się w pasie. Boję się o nią. Co jej jest? Jestem wściekły na samego siebie. Dlaczego nie zostałem w domu, tak jak mi podpowiadała intuicja? Głaszczę ją po głowie. Jestem tak roztrzęsiony, że nie zauważam, kiedy dojeżdżamy do szpitala. Katniss wiozą na salę operacyjną a ja przez parę godzin siedzę w poczekalnia wraz z Haymichem i modlę się, żeby nic się jej nie stało.
Po paru wyczerpujących godzinach przychodzi lekarz ze zwieszoną głową.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę o całkowitą szczerość w komentarzach. Pozwalam na wszelką krytykę, ale proszę wstrzymać się przed wulgaryzmami i treściami urażającymi. Poza tym możecie mi napisać co chcecie, a nie obrażę się.