niedziela, 27 grudnia 2015

EPILOG


PODZIĘKOWANIA
Zdaję sobie sprawę, że podziękowanie, to ta część, którą najchętniej się przeskakuje, ale mam jednak nadzieję, że poświęcicie trochę czasu, aby przez nie przebrnąć, bo jest to dla mnie okropnie ważne. 
Dziękuję na samym początku Aleksandrze S. za twoje nieskończone wsparcie i przyjacielską miłość, jaką darzyłaś mnie przez 2/3 czasu istnienia bloga. No i oczywiście za to, że zawsze we mnie wierzysz i za wszystkie "wiadra" weny, które od ciebie otrzymałam. Sól macz.
Natalio S. za twoje rady i niekończące się konwersacje o tworzeniu i niszczeniu blogów.
Magdaleno O. (wiem, to brzmi mega oficjalnie) za naszą wycieczkę, która dala mi do myślenia względem tego właśnie bloga. Nie mogę doczekać się kolejnego naszego wypadu. No i oczywiście za wierne komentowanie, za co jestem wdzięczna aż po grób.
Dziękuję też wszystkim, którzy przetrwali moje pierwsze notki. Wiem, jakie są beznadziejne.
Aleksandro W. za twoją przyjaźń tutaj na miejscu i za to, że poszłaś ze mną na igrzyska, chociaż jeszcze wtedy ich nienawidziłaś.
I na sam koniec chce podziękować właśnie tobie, bo gdyby nie ty i cała reszta czytelników, to nigdy nie zaszłabym daleko. Dziękuję za znoszenie mnie i moich pisarskich wymysłów. Jesteście boscy.

Wielu z was martwi się, że znikam, ale tak łatwo się mnie nie pozbędziecie. Pod linkiem: You know nothing, Miss Everdeen znajdziecie bloga, który swoje otwarcie będzie oficjalnie miało miejsce 3 stycznia, ale już teraz możecie znaleźć tam prolog, który zaprosi was na kontynuację. Jeśli więc nie chcecie się ze mną rozstawać, to znajdziecie mnie tam przez jakichś czas.
A teraz się z wami żegnam tym miłym epilogiem i obietnica, że znów może być dobrze.
Po raz ostatni tutaj: - Tina

##########################################


To może wydawać się dziwne, ale kiedy nadszedł czas – nie panikowałam. 
Nie panikowałam, kiedy poczułam wilgoć wokół moich bioder, ani kiedy Peeta poddenerwowany wybijał numer mojej ginekolog drżącymi palcami. Wtedy jedynie myślałam o minionych miesiącach, a także o tych, które miałam przed sobą. Zdawałam sobie sprawę, że kiedy nastanie świt i kiedy słońce zacznie ogrzewać swoimi promieniami przemarzłe po nocy gałęzie gołych drzew... Ja, będę już matką.
Ta wiadomość napawała mnie ulgą i szczęściem, a moje palce samodzielnie wędrowały wzdłuż mojego ciała, aby zatrzymać się na nadętym brzuchu. 
Potem przyszły skurcze, jednakże moim zdaniem ten ból był dużo mniej silny od wielu innych, których doświadczyłam. Dzielnie go znosiłam i nie pozwalałam sobie na krzyk. Ja, Peeta i lekarka, której imienia nie pamiętałam. 
Wyczerpanie było nieznośne, ale ból nie dawał mi zasnąć. Pokrzepiające słowa obecnych przy mnie docierały do mnie, jak przez szklaną ścianę. Słyszałam je i rozumiałam, ale nie pomagały. Środki przeciwbólowe w małych dawkach nie były skuteczne, więc musiałam poradzić sobie z bólem w jakichś inny sposób.
Wtedy wymyśliłam tą grę. 
Trzymając się kurczowo jedną ręką prześcieradła, a drugą mojego męża i wypychając z siebie moje dziecko, zaczęłam przypominać sobie wszystkie dobre uczynki, jakich byłam świadkiem. Każdą dobrą rzecz, jaką człowiek robił dla drugiego człowieka. 
Peeta rzucający mi chleb i wielokrotnie ratujący mi życie na arenie i poza nią, a także wołający do Panem, aby przestać się nawzajem zabijać .
Gale strzelający do rozwścieczonego dzikiego psa, który chciał rozgryźć mi gardło, a także ratujący dziewięćset osób z bombardowanego dystryktu. 
Prim i mama ratujące wygłodniałe dzieci z mojego dystryktu i ofiary wypadków w kopalniach.
Haymitch dający mi wskazówki, jak przeżyć na arenie, a także biegnący mnie i Peecie z pomocą, kiedy tylko jej potrzebowaliśmy.
Finnick dwukrotnie ratujący Peetę, a potem pomagający uwolnić schwytanych zwycięzców.
Maggs wchodząca do mgły, abyśmy mogli uciec. 
Mayselee Donner wielokrotnie ratująca Haymitcha na arenie drugiego ćwierćwiecza. 
Madge dająca mi broszkę i życząca mi powodzenia na igrzyskach.
Ojciec Peety z ciastkami.
Ta lista nie ma końca.
Wszystko trwa nie całe pięć godzin i kiedy słońce pojawia się na horyzoncie jest już po wszystkim.
Nie panikowałam podczas porodu, ale kiedy kobieta w białym fartuchu podała mi małego, sinego, krzyczącego stworka – jak nic wpadłam w panikę. 
Była taka krucha i delikatna, że bałam się położyć na niej moje ręce. Co, jeśli zrobię jej krzywdę?, myślałam. Kiedy jednak to zrobiłam, poczułam ciepło bijące od tego maleństwa. 
Miało dużą głowę i mocno zaciśnięte powieki, a z szeroko otwartych usteczek wydobywał się głośny płacz. Była mikroskopijna. Wielkości mojego przedramienia! Wtedy wpadło mi go głowy, że może coś jest nie tak. Nigdy nie widziałam tak maciupkiego dziecka. Uśmiech kobiety stojącej przy łóżku mnie jednak uspokoił. 
Peeta pieczołowicie przeciął pępowinę ciągle łączącą mnie z dziewczynką i tyle. Żyła już sama. Poza moim ciałem, co było najdziwniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek przyszło mi przyjąć do wiadomości.
Niepewnie przyłożyłam usta do jej gorącego czółka i poczułam łzę ściekającą mi po policzku. 
- Willow... – usłyszałam szept zachwyconego Peety.
W następnej chwili wyciągnął rękę, aby dotknąć naszej córki. Położył ją na jej otulonej kocykiem nóżce i uśmiechnął się szeroko.

Myślałam, że kiedy Willow przyjdzie na świat, to oficjalnie spłacę dług, jaki wielokrotnie zaciągnęłam u Peety Mellarka, ale okazało się to dużo bardziej skomplikowane. Nawet teraz – dwanaście lat po jej narodzinach uważam ten dług za aktualny. Nawet po urodzeniu drugiego dziecka – chłopca noszącego imię Rey.
Ta stara gra nadal zajmuje miejsce w moim sercu, chociaż po upływie lat może wydawać się dołująca.
Okruchy szczęścia, takie jak karta z zaproszeniem na ślub nie takiej już małej Posy, lub zdjęcie z szesnastych urodzin Williama z Annie czy obrazek namalowany w szkole przez młodszego syna, okazują się niezwykle cenne i sentymentalne.
Kiedy dziecko rośnie, chciałoby się zatrzymać czas. Spowolnić ich dorastanie. Tak świat jednak nie działa. My dorośliśmy zbyt szybko, ale oni mogą zatrzymać swoje dzieciństwo, jak długo zechcą.
Mogę tylko mieć nadzieje, że tamta stara Katniss Everdeen nie zniknęła na zawsze zastąpiona Katniss Mellark – kochającą żoną i matką. Czasami wychodzi mi na spotkanie, a ja witam ją z otwartymi ramionami czując ulgę z ponownego spotkania. Czasem jednak jej nienawidzę, a innym razem za nią tęsknię, bo ona nigdy nie zostaje na zawsze.

Kiedy Willow więc opowiada, że Gale wykładał na jej zajęciach w szkole – wspomnienie starego przyjaciela nie widzianego od ponad jedenastu lat powraca do mnie. Myślałam, że nie żyje przez tyle lat.
Po zawziętych poszukiwaniach w lesie, znajduję go… Jest tam, gdzie zawsze. Siedzi na naszej skalnej półce i patrzy w dolinę. Nie patrzy na mnie, kiedy się zbliżam, ani kiedy siadam obok niego. Nie zadaje też pytań. Opieram głowę na jego ramieniu i przez chwilę znowu czuję się, jak tamta stara Katniss Everdeen – dziewczynka, która zgłosiła się za swoją siostrę na dożynkach i przypominam sobie nie zliczoną ilość godzin spędzonych razem w tym lesie. Setki 
zwierząt zabitych przez dwoje myśliwych  i tysiące wyrzucanych w powietrze jerzyn. W tym momencie jestem w stanie przysiąc, że pamiętam każdą chwilę spędzoną we dwoje na tej skale odkąd poznaliśmy się dwadzieścia lat temu. 
- Czy jesteś szczęśliwa? – pyta w końcu.
Nie podnosząc głowy z jego ramienia szepczę:
- Tak.
Bardziej wyczuwam niż widzę unoszące się kąciki ust na jego twarzy.
I tak siedzimy, oboje myśląc o dwojgu dzieciaków, którymi byliśmy lata temu, a których przyjaźń zniszczyły głodowe igrzyska

136. Ostatnie prawda czy fałsz?

Kochani... Sądzę, że jesteśmy na to gotowi. Ostatni rozdział.
Nie mogę się doczekać, aby pokazać wam epilog, a więc jeśli chcecie, to wstawię go dzisiaj.
Tak... wstawiam dzisiaj!
No, ale więcej w opisie epilogu. Kocham was i dziękuję.
- Tina

###################################################

Happy birthday to you...

Happy birthday to you...
Happy birthday, dear Silvia...
Happy birthday to you!
Leevie pochyla się do przodu z dziewczynką na rękach i zdmuchuje za nią świeczki. Wybuchają brawa, a Silvia uśmiecha się ukazując bielutkie ząbki. Jej różowa opaska na brązowych loczkach ześliznęła się na jej czoło, więc zbliżam się do niej i płynnym ruchem poprawiam ją.
Nie mogę uwierzyć, że ma już cały rok... Ten czas tak szybko mija.
Mam wrażenie, że zaledwie wczoraj Johanna zlana potem szeptała do mnie: Dziewczynka... Silvia... córeczka...
Pamiętam, jak na dłoni krzyk bólu umęczonej Johanny i pot spływający jej po twarzy. Pamiętam, jak założyłam jej na główkę pierwszą z setek jej opasek, które jej mama zawsze zakłada. 

- Dziewczynka... Silvia... córeczka...
Kiedy Leevie się odwraca zauważam siną twarzyczkę nowo narodzonego dziecka.
Dziewczynka jest opleciona kocykiem. Jest jeszcze brudna i dopiero teraz dociera do mnie jej płacz. 
Uśmiechnięty i zapłakany Leevie kołysze się w tę i powrotem trzymając maleństwo w ramionach i szepcząc cicho kojące słowa kołysanki. 
W moich oczach zbierają się łzy. Mrugam odpędzając je i podchodzę bliżej zaróżowionego dziecka.
Silvia... Silvia Ethelon...
Sięgam na bok po miękki, różowy ręcznik i delikatnie ocieram nim główkę dziewczynki. Odrzucam ręcznik na bok i sięgam do kieszeni. 
Wyciągam z niej miniaturową materiałową opaskę na głowę w kolorze oczu Johanny i delikatnie nakładam ją dziecku na główkę. 
- Hej, maleńka. – szepcze Peeta, stojący za mną. Przykłada jej kciuk do policzka, który jest mniej więcej tego samego rozmiaru co jego palec. 
- Ta opaska będzie twoim znakiem rozpoznawczym, ok?
Ciekawe, jak mocno może taka sytuacja wryć się w pamięć człowieka. czy ja zakładałam możliwość, że za rok będę już prawie matką? Nie... Gdyby ktoś mi wtedy to powiedział, uznałabym, że jest szalony. 

Wieczorem przyglądam się przyjaciółce kołyszącej małą dziewczynkę w swoich ramionach. Jej ruchy są pewne i spokoje. Na delikatnie ugiętych kolanach delikatnie potrząsa dzieckiem nucąc cicho kołysankę. Patrzy na nią z wielką miłością.
Zastanawiam się – kto ją tego nauczył? Leevie? Annie?
- Skąd wiesz co masz robić? – pytam.
Johanna spogląda na mnie wytrącona z matczynego transu. Zerka na twarzyczkę swojej córki i upewniwszy się iż śpi, odkłada ja do kojca.
- To przychodzi samo. Niewiele było rzeczy, które ktoś musiał mi wyjaśniać jak robić. To instynkt mi podpowiada co i jak robić. – odpowiada.
- Aaaa... Skąd się bierze taki instynkt? Ja na przykład nic takiego nie czuję. Nie mam pojęcia jak zachowywać się w wielu sytuacjach, kiedy trzymam Silvię lub bawię się z Willem.
Johanna chwilę się zastanawia.
- A czy instynkt zabójcy podpowiadał ci gdzie uderzyć, aby najskuteczniej zabić, zanim jeszcze zaczęłaś zabijać? Albo czy instynkt myśliwski pojawił się u ciebie zanim zaczęłaś polować? Moim zdaniem wszystko przyjdzie, kiedy mała się urodzi. – wyjaśnia, a na jej twarzy pojawia się przelotny uśmiech.
Spoglądam na własne dłonie... I nagle zaczynam chichotać. Z moich ust wydobywa się głośny śmiech, a Johanna obrzuca mnie karcącym spojrzeniem.
- Ćśśś! Obudzisz ją.
- Przepraszam... Po prostu nigdy w życiu nie sądziłam, że Johanna Mason będzie mi udzielać matczynych porad. – śmieję się.
Johanna stara się ukryć rozbawienie, ale słabo jej to wychodzi.
- Ciesz się, że nie odsyłam cię na próg z tymi pytaniami, ciemna maso.
- Mam jeszcze Annie.
Prycha oburzona.
- Na serio myślisz, że tylko dlatego,  że jest matką do dłuższego czasu niż ja, to zna się lepiej na... No dobra... Coś w tym jest.
Tłumię śmiech.


Od końca wojny minęły trzy lata, a ja cały czas mam w sobie cząstkę starego strachu przed przyszłością. Nie wiem co przyniesie i nie raz niepokoi mnie kierunek, w którym mnie prowadzi, ale wiem, że byłam ważna w tej wojnie. Byłam czymś w rodzaju żywej męczennicy i chociaż jestem w mniejszości, która przeżyła tą krwawą wojnę i dotrwała „lepszych” dni, jestem na zawsze więźniem moich mrocznych wspomnień.
Wiem, że nigdy nie uda mi się zapomnieć, ale grzechem byłoby chcieć to zapomnieć. Musimy pamiętać. To nasz obowiązek, jako żyjący ludzie, więc kiedy dzisiejszej noc budzę się z koszmaru, a Peeta szepcze:
- One nigdy nie odejdą. Prawda czy fałsz?
Bez wahania mogę odpowiedzieć:
- Prawda.

poniedziałek, 21 grudnia 2015

A WIĘC...

A więc tak... Naszła mnie myśl. Następna notka będzie specjalna. Ale tak SPECJALNA!
Ale wpadłam na to dopiero dzisiaj, kiedy już kończyłam tą, która miałam. Stwierdziłam, że ni w ząb mi się nie podoba i dlatego notki brak. W niedziele mam zamiar was odrobinę wzruszyć, a za dwa tygodnie czeka epilog :D A więc zapraszam w niedzielę, kochani moi.

niedziela, 13 grudnia 2015

135. 79:e głodowe igrzyska

Witajcie, moi drodzy!
Zapraszam was do komentowania i życzę przyjemnego czytania.
- Tina
##############################################

Kiedy się budzę, wiadomość tekstowa już na mnie czeka. Nie wiem dokładnie, co kierowało Johanną, ale mimo to mam ochotę rzucić nią o ścianę.
Wesołych 79:ych głodowych igrzysk, dziewczyno igrająca z ogniem.
Tak... Na prawdę mam ochotę urwać jej głowę. Johanna, to zawsze była i zawsze będzie maszyna do denerwowania i nic i nikt nie jest w stanie tego zmienić.
- Jaki dzisiaj jest dzień? – pytam ubierającego się do pracy Peetę, ponieważ po prostu muszę się upewnić.
- Środa. Dlaczego pytasz?
- Nie... Chodzi mi o datę.
- Dwudziesty lipca.
Spogląda na mnie. Leżę skulona pod kołdrą i gapię się z szeroko otwartymi oczami w przestrzeń. Nie dziwne, ze nabiera podejrzeń.
- Nic... Nie ważne. – bagatelizuję nie mając ochoty na ciągnięcie tematu.
Peeta marszczy brwi, ale się nie odzywa. Może zwala moje dziwne zachowanie na hormony. Może znowu myśli, że wpływa na mnie ciąża.
Może ma racje?
Nie zauważam, kiedy kończy zapinać śnieżnobiałą koszulę i wiąże krawat. Obchodzi łóżko i siada obok mnie po mojej stronie.
- Wszystko w porządku? Wyglądasz mizernie.
- Mdłości. – kłamię.
Kładzie mi rękę na czole z politowaniem w oczach. Pochyla się i delikatnie całuje mnie w czoło omijając jednak moje usta, jak nie czyniłby w każdy inny dzień. Wie, że nie lubię, jak mnie całuje, kiedy mnie mdli. Teraz jednak desperacko chcę, żeby mnie pocałował. Powstrzymuję się tylko dlatego, żeby się nie ujawnić.
- Mam zostać? – pyta.
- Nieee... Idź i rozwiąż kilka sporów.
Śmieje się tylko.
- Wrócę najszybciej jak się da. Prześpij się jeszcze. Miałaś ciężką noc. – szepcze, gładzi mnie po włosach i ponownie całuje w czoło. Ma oczywiście na myśli moją bezsenność.
Po drodze chwyta marynarkę i już go nie ma.
Wzdycham.
A więc minęło pięć lat od nieszczęsnych dożynek, na których Effie Trinkett wylosowała imię mojej siostry i męża. Dożynek, które zaowocowały śmiercią setek tysięcy ludzi, ponieważ nie potrafiłam ugasić pożaru. Spoglądam na zegarek. W Panem jest teraz czwarta rano. Pięć lat temu o tej godzinie jeszcze smacznie spałam nie wierząc, co stanie się za kilka godzin..
A teraz wkraczam w drugi trymestr ciąży.
Kładę dłonie na oczach i śmieję się cicho z ironii sytuacji.
No nic... Mój mózg nastawia się na tryb poranek. Czas wstawać.
Kiedy jednak prostuję się do pozycji siedzącej zaczyna kręcić mi się w głowie i opadam na poduszki. Przez chwile nie mogę się ruszyć, bo w mojej głowie rozbrzmiewają dzwoneczki.
Tylko nie to...
Zmuszam się do kolejnej próby i tym razem jestem przygotowana. Czekam, aż zawroty głowy miną…
Właśnie wtedy, jak na zawołanie rozbrzmiewa dzwonek.
Przeklinam w myślach tego kogoś, kto dobija się do moich drzwi o ósmej rano jednocześnie stawiając stopy na podłodze.
Palce mi mrowieją i niewyspana narzucam na ramiona szlafrok jednocześnie schodząc po schodach.
Otwieram drzwi z miną wkurzonego dziecka. Kiedy jednak dostrzegam osobę za nimi stojącą moje brwi unoszą się niemal do linij włosów, a rozdrażnienie mija.
- Gale... – szepczę niedowierzając.
Stoi dumnie wyprostowany z nieśmiałym uśmieszkiem na ustach i w wojskowym ubraniu żołnierzy z trzynastki. Nie mogę uwierzy, że to naprawdę on.
- Hej, Kotna. Dawno się nie widzieliśmy, co?
Obrzuca mnie spojrzeniem od stóp do głów i uśmiecha się szeroko.
- Gale... To ty! – szepczę i podchodzę bliżej niego, żeby objąć go za szyję. Uśmiecham się szeroko. – Co ty tutaj robisz.
- Akurat przechodziłem. – śmieje się ironicznie.
- Wejdź do środka. – nalegam pociągając go za rękaw.
Gale zostawia buty na korytarzu i podąża za mną do jadalni połączonej z kuchnią. Siada przy stole i patrzy w moja stronę, kiedy przygotowuję nam coś do picia.
- A więc to prawda. – mówi nagle przerywając mi wywód o... Już nawet nie pamiętam czym.
- Co? Co jest prawdą?
W odpowiedzi pokazuje na mój doskonale widoczny pod obcisłą koszulką brzuch.
- Emm... Aach. Tak.
- Który to miesiąc?
- Początek czwartego. – wyjaśniam.
Na chwilę zapada cisza. Zastanawiam się jak podtrzymać konwersację i już wpadam na Dobre pytanie, kiedy Gale ponownie się odzywa.
- Jak udało mu się ciebie przekonać?
Moje usta otwierają się, ale zaraz zamykają się nie wiedząc co z siebie wydobyć.
- Gale...
- Wydawało mi się, że tego nie chciałaś.
- Bo nie chciałam.
- Czyli co, wpadłaś?
- A więc tak to się teraz nazywa?
- Tak czy nie?
- Na litość boską! – prawie krzyczę odwracając się do niego. – Po pierwsze nie, a po drugie, co cię to obchodzi? To nie twoja cholerna sprawa. – warczę.
Sięgam dłonią do włosów i przeczesuję je palcami. Napięcie staje się nieznośne, więc nie patrząc na niego odwracam się przodem do blatu. Biorę głęboki oddech.
- Przepraszam. – mówię ze skruchą.
- Nie... To ja przepraszam. Masz racje – to nie jest moja sprawa.
Zaciskam zęby, bo nagle przeszywa mnie dreszcz, kiedy coś w moim środku się porusza. Subtelnie i nie gwałtownie, ale jednak. Odruchowo unoszę rękę i kładę ją na brzuchu ciężko oddychając.
Poruszyła się.
Nie pozwalam jednak na jakiekolwiek emocje w tej chwili. Ignorując targające mną uczucia chwytam dwa parujące kubki i zwracam się w kierunku Gale’a.
- Po prostu jestem ciekawy. Zawsze byłaś bardzo pewna tego jednego.
- Czasy się zmieniają, Gale. Ludzie też. Ty, jak nikt inny powinieneś to wiedzieć. – odpowiadam.
- I spodziewasz się, że wyciągnę inne wnioski, niż ten przed chwilą tylko dlatego, że powiesz coś w tym stylu?
Zaczyna mnie irytować.
- Wyciągaj sobie jakie ty tam jakiekolwiek wnioski chcesz. Powiedz mi lepiej co tutaj robisz i czy przyjechałeś tu tylko dlatego, żeby się upewnić czy z Peetą naprawdę spodziewamy się dziecka?
- Sądzisz, że byłbym do tego zdolny?
- Jak najbardziej.
Sprawiam, że lekko się uśmiecha.

Gdy stajemy na przeciwko siebie nie mogę się powstrzymać i zarzucam mu ręce na szyje w niedźwiedzim uścisku. W głowie kołaczą mi jego wcześniejsze słowa.
To zapewne ostatnie nasze spotkanie, Katniss.
W głębi duszy nie chciałam, aby tak właśnie było. Spędziliśmy razem całe lata pomagając sobie nawzajem przeżyć, a teraz mamy na dobre się rozstać. Z zaciśniętym gardłem szepczę.
- Żegnaj, Gale.
A on odpowiada.
- Żegnaj, Katniss.
Odsuwa się szybciej, niż jestem skłonna się od niego odczepić. Spogląda mi jeden jedyny raz w oczy i odwraca się, by odejść gdzieś, gdzie ja nie mam dostępu.

niedziela, 6 grudnia 2015

134. Objawy

Witam was kolejny raz i zapraszam do czytania i komentowania notki.
- Tina
####################################

- Żadnych porannych mdłości, wzmożonego apetytu, wahań nastrojów? – doktor Evans stara się wyciągnąć ze mnie jak najwięcej szczegółów dotyczących ciąży.
Peeta siedzi obok mnie trzymając mnie delikatnie za rękę. Wsłuchuje się z uwagą w każde, najcichsze słowo wypowiedziane przez Evans.
To końcówka trzeciego miesiąca. Jesteśmy w dwunastce po raz pierwszy od naszej ostatniej wizyty na początku maja. Lipcowy skwar zdążył zagościć w dwunastce w tak samo nijakim stopniu, jak w Londynie, a my postanowiliśmy odwiedzić dwunastkę i zobaczyć się z wszystkimi.
Wracam myślami do chwil, gdy opowiadaliśmy reszcie o dziecku. Johanna i Effie, tak samo, jak Bariel i Annie o mały wos nie dostały palpitacji. Mama rozpłakała się w moje ramie, a Leevie zaniemówił. Ludzie w Kapitolu kompletnie oszaleli. Od miesiąca, odkąd wyciekła informacja o dziecku w każdym kapitolińskim brukowcu zamieszczany jest minimalnie jeden artykuł o nas. Od tamtego czasu otrzymaliśmy blisko dwadzieścia zaproszeń do wywiadu z Cezarem w Kapitolu. Urządzono nawet odcinek pewnego teleturnieju, który poświęcony był zgadywaniu płci i imienia, jakie dostanie nasz potomek. Wymiotować się chce i to bynajmniej nie z powodu porannych mdłości.
Niestety nie mogę poinformować Gale’a... Podzielić się z nim radosną nowiną, ponieważ ich położenie cały czas jest ściśle tajne. Jeśli jednak Gale jest w Panem, to na sto procent już wie.
Mała Posy (niedawno skończyła osiem lat!), która wraz przyszywaną matką i ojcem zawitała na kilka dni w dwunastce nie mogła zrozumieć w jaki sposób dzieci znajdują się w brzuchach matek. Zabawnie było słuchać jej najróżniejszych teorii i hipotez.
- Czasami...
- Często. – poprawia mnie Peeta.
Zaciskam usta w cienką linię. Od kilku tygodni jestem najbardziej nieznośną żoną na świecie. Rankiem często wymiotuję, nocami nie śpię, a w dzień miewam dziwne wahania nastrojów. Denerwuje mnie rażące światło, niewygodna poducha czy tykający zegar. Wszystko potrafi doprowadzić mnie do białej gorączki, a po kilkunastu minutach nie rozumiem już dlaczego byłam taka zła. Podobnie ze smutkiem, albo szczęściem. Irytują mnie nawet moje własne emocje. A najgorsze jest to, że Peeta jest tak nieskończenie wyrozumiały i czuły. Nawet, kiedy zaciskam zęby, żeby nie rzucić w niego jakimś wrednym komentarzem. To cud, że jeszcze nie stracił cierpliwości.
- Prawie codziennie. – przyznaję.
Doktor Evans świdruje mnie wzrokiem.
- Bardzo ważne, aby niczego pani nie bagatelizowała i mówiła mi o wszystkim.
Nie chciałaby tego. Nie jest Dr Aureliusem – psychiatrą, który leczył mnie przez kilka miesięcy po powrocie do dwunastki. Nie chciałaby słyszeć o rzeczach, które od czasu do czasu pałętają mi się w głowie. W głębi duszy wiem, że mówi tylko o fizycznej stronie mojego samopoczucia, ale nie mogą się powstrzymać przed rzuceniem kilku niemiłych komentarzy pod jej adresem w myślach.
- Dobrze.
- Nie odczuła pani żadnych ruchów?
-  Nie.
- Hmmm... To przyjdzie z czasem. Nie planują państwo zawitać w dwunastce w najbliższych miesiącach, czyż nie? – pyta.
- Nie. –odpowiada jej Peeta. – Skontaktowaliśmy się z tamtejszą ginekolog, która będzie regularnie przeprowadzać badania, ale w dwunastce nie pojawimy się przez dłuższy czas.
Przypominam sobie, jak jeszcze kilkadziesiąt minut temu omal nie zemdlała na wieść, że chcę, żeby to moja mama odebrała mój poród zamiast niej. Od tego czasu nabrała do mnie jakiegoś chłodnego dystansu.
- Zrobimy więc dzisiaj USG i ustalimy dokładniejszą datę terminu porodu. Proszę też zwrócić uwagę na to, że to tylko teoretyczny termin. Nie jestem w stanie zapewnić panią, że dokładnie tego dnia pojawi się dziecko. – wyjawia.
Jakbym nie miała o tym pojęcia. Możliwe, ze to procedura, ale i tak mnie tym denerwuje. Ostatnio wszystko mnie denerwuje.

Wyciągam się na stole przykrytym białą, papierową płachtą i mrużę delikatnie oczy. Jaskrawe światło z lamp pod sufitem razi mnie w oczy.
Peeta zajmuje miejsce na fotelu obok stołu i krzywi się siadając. Evans zostawia nas, aby przynieść swój sprzęt. Przyglądam się Peecie badawczo. Zauważa, że się w niego wpatruje i marszczy brwi.
- Co? – pyta.
- Wszystko w porządku?
Nie zdąża mi odpowiedzieć. Doktor wraca do pokoju z tubką pasty w ręku. Zauważam na jej twarzy cień podekscytowania. Siada na taborecie na kółkach i wręcz podjeżdża na nim do mojego łóżka. Pieczołowicie uruchamia aparaturę.
Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Mama nigdy nie miała dostępu do maszyn z Kapitolu. Ludzie nigdy nie byli pewni ciąży ich dziecko jest zdrowe... Ba... Czy jeszcze żyje, dopóki się nie urodziło. Czy też nie urodziło. Na dodatek wszechobecny głód często sprawiał, że ludzie decydowali się na dzieci tylko z powodu astragali, które owe pociechy mogły im zapewnić. Nie dziwiło mnie takiego typu zachowanie. Taka jest właśnie nasza natura. Jesteśmy nieskończenie samolubni.
Doktor rozsmarowuje na moim odstającym brzuchu zimny żel po czym kładzie na nim coś kształtem przypominające telefon komórkowy połączony cienkim przewodem z resztą maszyny. Na niewielkim ekranie pojawia się około setka czarno białych pasków, na które kobieta patrzy z uwagą. Przesuwa urządzeniem na boki, w górę i w dół, aż a w końcu nieruchomieje.
- Tutaj jest. – mówi. Na jej twarz wypełza uśmiech.
Seria kresek i zakłóceń przybiera ledwo widoczny kształt. Ciężko ów kształt nazwać.
- Chcą państwo poznać płeć?
Oddech więźnie mi w gardle. Spoglądam na Peetę. Wpatruje się, jak zaczarowany w obrazek na monitorze, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół.
- Peeta... –  Powietrze przedostaje się przez moje gardło w najcichszym z szeptów. – To nasza córka. – szepczę.
Oboje spoglądają na mnie. Evans marszczy brwi po czym ponownie przygląda się ekranowi.
- Skąd pani widziała?
A więc to prawda. Moje sny okazały się prawdziwe. Przed oczami staje mi dziewczynka z ciemnymi lokami i z szerokim uśmiechem na ustach.
Willow...
- Przeczucie. – wyjaśniam.
Peeta podaje mi rękę. Spoglądam mu w oczy. Dostrzegam w nich odbicie własnych uczuć. Zachwyt, szczęście i rozczulenie.
Spodoba mu się to imię, które mój mózg bezustannie podsuwa?
- Tak... To nasza córka. – mówi z uczuciem.